niedziela, 29 stycznia 2017

Moja przygoda z muzyką Czyli trochę historii [LifeStyle]

Więc tym tytułem, zapraszam na krótki tekst i serię kompromitujących mnie zdjęć o tym jak toczył się moje losy z gitarą w dłoni. Niech że to będzie inspiracją i dowodem że trenując na scenie się lepiej wygląda i gra. Warto mieć pasję i nie bać się kombinować :) W ogóle, życie z pasją jest czymś super. Polecam.




Mówisz masz : )


To już chyba 8 lat odkąd pierwszy raz chwyciłem za gitarę. Kumpel grał już od kilku miesięcy i namawiał mnie na to. Tego dnia nauczyłem się grać na jednej strunie ten motyw z Smoke on the water i motywik z mortal combat. Potrzebowali basisty do zespołu (wokala też, ale po kilku wyjcach z mojego gardła okazało się że zostanę przy basie).

To był wrzesień, nowa szkoła, nowa klasa. Nie za bardzo się odnalazłem z moją nieśmiałością. Jakieś tam kompleksiki mi się pojawiły, a byłem cichym, pryszczatym i niskim chłopaczkiem. Żadne trenowanie, 53kg czystych mięśni na start. Jeździłem też w tamtych czasach dużo na deskorolce, co było moją wielką zajawką.

Moja pierwsza gitara. Czerwony cztero strunowy bas firmy NoName z rozjebaną elektroniką. Załatwił mi go kumpel od swojej koleżanki ze szkoły. Wydałem całe 100zł i tak z dziwnym uczuciem wracałem przez Władysławowo z dziwną gitarą w ręku do swojego domu. Przyznam szczerze że wiedziałem już w tamtym momencie że to będzie zajebista przygoda i spotka mnie mnóstwo fajnych historii o których nie wypada nawet mówić i myśleć. Potęga podświadomości, prawo przyciągania? Magia wiary w to co się robi :)



Co istotne, słuchałem wtedy tylko ciężkiego metalu. Behemoth, Vader i Vesania były moimi ulubionymi zespołami i coś tam próbowałem wpuścić przez moje ucho zespołu My Chemical Romance. Taki był ten Emo Paweł :) Problem był taki że miałem grać na basie a nigdy nie zastanawiałem się jak to brzmi i że jest taka gitara w ogóle. Trochę byłem rozczarowany swoją rolą w zespole który właśnie powstał "Kapuo" Łukasz, Seba i ja. Lipa, ja tu fantazjuje o stanikach na scenie i tłumach fanek, a mam grać na gitarze której nikt nie słyszy (do czasu aż się basista pomyli). Jeszcze te żarty o basistach...

Przychodzi pokłócona para do terapeuty. No koniec świata, od roku ze sobą nie gadają, a chcą wszystko naprawić... Pan terapeuta szybko na jutuba i wstukuje "bass solo". Pstryk i nagle nasza parka ze sobą gada. Zdumieni pytają jak to zrobił. A on im na to:
- Wszyscy gadają jak basista gra solo

Boki zrywać. No ale wizja grania w zespole bardzo mi się podobała to też brnąłem w to dalej.

Mój słuch muzyczny był wtedy na poziomie cegły. Generalnie to dalej tak jest, chociaż jakieś tam wyrwy są i coś tam do mojego łba dociera, że coś jest wyższe, albo niższe.

Trzeba było kupić wzmaka! Bo w ogolę mnie nie słychać gdy gram! Listopad i wyprawa z kolegami do Gdańska po ciężki karton, po 35W bydle znowuż firmy no name. Pociągi, SKMki, pierwszy śnieg tego roku, granie na akustykach w pociągu przez Sebe i Łukasza. Takie mam wspomnienie. No i że musiałem to taki kawał tachać, a dla takiego koksa jak ja, to była masakra... Tydzień miałem zakwasy, ale w końcu usłyszałem, że gitara basowa też wydaje jakiś dźwięk! Tylko że odkryłem, fakt rozwalonej elektroniki. No problem. Graliśmy malutką wieczornicę w mojej dawnej szkole i tam trafiłem na niego...

Podchodzi jakiś DUżY gościu w okularach. - Mogę pograć? No spoko, jak że by inaczej, bałem się o swoje życie, bo generalnie w ogóle się bałem obcych ludzi. I jedno o kur**, to tak zajebiście można grać na tym gównie? Tak też poznałem mistrza i wirtuoza gitary basowej, jakim dla mnie jest mój dobry kumpel - Piotr. Piotr zapoznał mnie z Kamilem, śmiesznym typkiem, który ma fajny pokój i jobla na punkcie Fenderów i w ogóle gitar. Może ten moment będzie istotny? Może ta znajomość coś więcej wniesie w moje życie? Na pewno nie, przynajmniej nie na kilka lat : ) Ale wtedy miałem grający bass!


Tym się lansowałem na Naszej Klasie

Zespół się rozwijał! A ja wpadłem na piosenkę Red Hot Chili Peppers - Give it Away i świat mój się zmienił, zesztywniało mi aż coś, ta muzyka była nieziemska! Michael Balzary ''Flea". Koleś uczynił z basu coś epickiego w ich muzyce. Stał się moim wzorem nr 1. Niewiele niższy ode mnie i jeśli wierzyć notką w internecie to nawet fiflaka ma takiej samej długości jak ja! Od tej pory zacząłem nałogowo uczyć się piosenek z ich repertuaru, a Flea stał się moim absolutnym mistycznym guru! Red Hot Chili Peppers jest moim ulubionym zespołem, który zmienił moje życie dosłownie.

Miałem nieustanne fantazje o staniu na scenie i wywijaniu wraz z swoimi kompanami na basie!

W grudniu tego samego roku dostałem też swoją pierwszą gitarę akustyczną od mamy pod choinkę. W jej brzmieniu też się zakochałem (a może podryw na basistę był słaby, a akustyk przy ognisku wydawał się lepszą opcją? Też to nic nie dało :D )

Minął cały rok kurka wodna! A ja grałem. Właściwie to nie grałem bo byłem słaby w tym strasznie, krzywo, bez słuchu i plum plum coś tam próbowałem. Pora na nową gitarę! Całe dwa miesiące bycia parkingowym by uzbierać 1440zł na Squier  affinity jazz bass, którą mam po dziś dzień i używam z przyjemnością : ) Na tej gitarze z wielką naturalnością przychodzą mi motywy, np kolejny raz ; ) Tego lata też chodziliśmy codziennie grać na wejściu na plaży, by uzbierać kasę na perkusję. Co to był za jaja, sikałem szczęściem gdy kupiliśmy Łukaszowi perkusję, a ten postanowił przerzucić się z gitary na perkusję. Tego lata też poznałem Artura. Prawo przyciągania, sekret, podświadomość jak nic. Nagle na ulicy poznaje podpitego mojego przyszłego przyjaciela za którego bym sobie dał rękę uciąć, a może i coś więcej.
To właśnie ta gitara i nasza pierwsza sala, a ten cholerny stroik się ciągle wyłączał.

Zespół się rozwija, mamy sale prób. Czasem nawet znajomi wpadali. A ja rozkochiwałem się w swoim instrumencie i w tym co robię. Czasem udzielałem się na apelach w szkole, chociaż z perspektywy czasu byłem tam bez sensu, bo ta gitara basowa się kompletnie nie przydała. Ale i tak fajnie było. Okazja do poznawania nowych ludzi, o to co najlepsze w tym było : )


Dzięki muzyce poznałem różnych ludzi, np tą dziewczyne, kij wie kim ona jest, ale ponoć grała w m jak miłość.


Kolejne lato było czymś pięknym. Poznałem Pawła O, wokal niczym Axel Rose z najlepszych czasów. Koleś pracował we Władku sezonowo i codzień chodziliśmy na pomnik grać i zarabiać pieniądze na browary i kebaby. Cudowne wydarzenie dla mojego życia, zacząłem się otwierać na ludzi i miałem mnóstwo ciekawych znajomych.

Żadnych koncertów, ja dalej gram jak potłuczony, ale przynajmniej w zespole, z wzmacniaczem 35W który perkusji nie przebijał. Całą kasę z mojej 18stki wydałem na wzmacniacz Taurusa i poskręcaną kolumnę do tego od zaprzyjaźnionego zespołu. No i to było granie! Ale kolejne lata bez koncertów w starym garażu. Jedyny performance w tych latach to gdy znajomy wpadał na sale, albo granie na pomniku w lato.
Dla muzyki porzuciłem zajawkę z deskorolką w trosce o zdrowe i proste palce :)

Kamil wywrócił moje życie do góry nogami. Jest kapkę starszy i to człowiek czynu bez zahamowań. wpadł do zespołu jakiegoś tam letniego popołudnia i tak już zostało.











W ogóle, byłem mianowany smsowym wyrzucaczem członków zespołu. To jak rozstać się po latach z dziewczyną na facebooku, albo smsem :D
Miesiąc przed zrobieniem tego zdjęcia zacząłem trenować kalistenikę i powoli przestawałem być cieniem : ) Polecam, więcej info na temat ćwiczeń znajdziecie na takim blogu u pawła.

Koncerty bywają trudne i wyczerpujące. ten zaciek to nie to co myślicie. To pewnie jakieś piwo rozlane, albo coś takiego. 

I w końcu graliśmy koncerty! Hanka! Czułem się jak rock star! Nówki Conversy na nogach, fejn koszula i jazda! The Best Cover Band in da łorld! Po kilku koncertach zdarzało się że mnie ktoś na ulicy zaczepił żeby zbić pione i pogratulować. To niby nic, ale budzi wspaniałe uczucia i motywację.

No i nastał 2012, koniec świata... 25 lipiec. Pierwszy koncert na dużej scenie. Dzień pogrzebu mojego ulubionego wujka. No ale jedziemy i gramy. Daliśmy strasznie dupy, brzydko zagrane. Ale na szczęście nie skończyło się na tym koncercie. Trochę tego pograliśmy : )


Najfajniejsze w tym wszystkim są te chwile. Cudowne uczucie gdy mogę wyjść na scenę i się pokazać. Cudownie jest widzieć że to się podoba. Wcale nie musimy być jakimś tam wielkim zespołem. Ja jestem chyba słabym basistą, a mimo to pamiętam taką nieziemską sytuację. Po koncercie szedłem w tłumie z dziewczyną, jakiś koleś jakimś cudem wypatrzył moje 170cm wzrostu i postanowił się przebić żeby pogratulować koncertu. Takie piony to jest coś.

Na cyckach się nigdy nie podpisałem, ale tylko dlatego że miałem dziewczynę i uznawałem że to nie fair. Mam problem z autografami. Mam brzydkie pismo i długie nazwisko. Więc zazwyczaj podpisuje się jak retard "Paweł" albo "Paulo". Trzeba poćwiczyć. Nie myślcie sobie że to się zdarza często, ale to fenomenalne uczucie gdy ktoś chce sobie zrobić z Tobą zdjęcie bo podoba mu się to co robisz. Może bardziej popularne zespoły tak nie maja bo jest to ich chlebem powszednim, ale jak mam komuś się podpisać to czuje takie "o jeju, ale kim że ja jestem żeby to robić, a chuj, fajnie jest".

Możliwość grania przed różnymi zespołami też stwarzała fajne sytuacje i okazje do poznawania większych ludzi. Jak poznałem Kubę z happysadu? W kiblu na backstage na jednej z letnich scen we Władysławowie, wchodzę się wyszczać, patrze a Ten Wokalista z happysad już tam leje. Staje obok, wyciągam interes no i aż szkoda nie wykorzystać takiej okazji i pogadać. To są wyjątkowe piękne chwile, które z radością będę wspominał i wnuką opowiadał.


Nawet jeśli do końca życia będziemy tylko lokalnym zespolikiem to i tak warto. Lekko boli mnie tylko to, że niektórzy ludzie miejscowi się burzą że my gramy na miejskich imprezach co roku. No cóż, jestem wdzięczny bardzo za ten przywilej i to ogromna szansa na znajdywanie nowych słuchaczy w całej Polsce. Do Władysławowa przyjeżdża bardzo dużo ludzi i dzięki temu możemy do nich trafiać. Taka wersja dla leniwych na trasę koncertową: ) A takie przypadki są czymś wyjątkowym:

Tak naprawdę ludzkie szczęście składa się z drobiazgów. Czasem dzieje się coś co powoduje że jesteśmy bardzo szczęśliwi. Niestety to wszystko mija, czymkolwiek by nie było. Nawet jak wygrasz w totka, to po jakimś czasie znudzi Ci się to i dalej będzie byle jak szczęśliwy że tak to ujmę. Sztuka życia w radości, to cieszenie się do granic możliwości drobnymi sprawami. Takim sposobem buduje się swoje lepsze życie. Dlatego nawet jeśli nie będę wielkim muzykiem jak Flea którym się tak rajcowałem jako młody chłopak to wystarczą mi małe rączki 8 letniego chłopczyka który z tatą przyszedł po autograf ode mnie. To wystarczy by czuć się jak gwiazda i mieć moc dawania radości komuś :)

Kto wie, jesteśmy młodymi chłopakami, może jeszcze kiedyś uda nam się zostać muzykami chociaż kapkę większego formatu. Prawda jest taka że dla mnie to co mamy teraz już jest super. No bo kurde, cząstka mnie została nagrana na płytę którą stworzyliśmy, mogę grać dla ludzi a im się to podoba, czego chcieć więcej?
Muzyka i gra na gitarze zawsze była takim spoiwem w moim życiu. Z gitarą w ręku przetrwałem kilka kryzysów w moim życiu i kilka cudownych momentów. Czasem byłem zwyczajnym śmieciem, a czasem emm, kimś lepszym ;) To wytrwało ze mną, na dobre i na złe. Kochało i pomagało gdy byłem najgorszy i cieszyło się ze mną gdy byłem najlepszy.
 Rocznikowo mam dopiero 24 lata, co jeśli pociągnę to dalej i spróbuje rozwinąć? Myślę że przysporzy mi to tone różnych przeżyć i doświadczeń, no i może kiedyś będę grał porządnie.

Ten koncert, WOŚP 2016, Hel. Dużo energii, skakałem jak by mi ktoś coś wszczyknoł. Do tego stopnia że po koncercie pijany były wokalista Oddziału Zamkniętego - Cezary stwierdził że się we mnie zakochał i jestem najlepszym basistą jakiego widział. No fajnie w sumie, też głupoty gadam i wypisuje na fb po pijaku :)

Więc jeśli zastanawiasz się czy zacząć grać na jakimś instrumencie i masz realnie zajawkę, to nie wahaj się ani momentu.
Zawsze jest dobry moment!

Myślę że tyle starczy opowiadania, bo wyjdzie mi jeszcze zasrana autobiografia, a kogo to interesuje! Gwiazdor zasrany się znalazł! :D Za młody jeszcze na to jestem!
Film zamieszczony przez użytkownika Paweł Marczykowski (@imnotokej)
A co do zespołu to zapraszam tutaj: http://www.paweltrenuje.pl/2015/06/historia-zespou-nobody.html

Zobacz jeszcze:
Jak nauczyć się grać na gitarze?
Poradnik dla zespołów muzycznych
Jak zrobić dobrą piosenkę?




9 komentarzy:

  1. Kurde, zawsze jak Ciebie czytam to czuje takiego... pozytywnego, motywującego kopa :D I wiesz co? Zazdroszcze Ci, masz ekstra życie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest właśnie zajebiste, spotkać się kiedyś ze swoimi czytelnikami i wypić piwo robiąc pompki, mądrując się i wygłaszając mądrości. Po takich komentarzach i ja czuje kopa żeby to osiągnąć :) Pozdrawiam!

      Usuń
    2. O! I chodź jestem bardzo nieśmiały to chyba nawet ja bym się zdecydował na takie spotkanie :D

      Usuń
    3. Byśmy tą nieśmiałość rozbroili :D

      Usuń
    4. Haha, ciekawi mnie w jaki sposób :D

      Usuń
  2. Cześć, od jakiegoś czasu czytam Twojego bloga, co prawda nie ćwiczę, ale podobnie do Ciebie od paru lat gram na basie, początkowo do lustra, a od sierpnia w zespole. Z nimi zagrałem raptem 3koncerty, i pomimo tego że basista ze mnie słaby ludziom się podobało, sami podchodzili by pogratulować, i potwierdziam to naprawdę niesamowite uczucie.
    Tobie życzę sukcesów z zespołem, i może kiedyś spotkamy się razem na scenie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej, my basiści mamy o tyle fajnie, że czasem możemy tylko prymki grać i dobrze wyglądać :D pozdrawiam i Tobie również życzę sukcesów :)))

      Usuń
  3. Też kiedyś chciałam grać na gitarze, ale nie mam słuchu. Skończyło się na kilku pierwszych nutkach z "Nothing else matters":P może kiedyś znów za nią chwycę. Bardzo fajna historia, inspirująca:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do tej pory nie mam słuchu. Grunt to sukcesywnie nieustannie próbować : )

      Usuń